Obiecane zdjęcia z Londynu:-)

img_0097

Targi Expo – London Marathon 2009 – cała nasza ekipa na stoisku Timex’a -  Tadeusz z żoną w środku….

img_0423

Upał i zmęczenie dawały się niestety niektórym we znaki…..

ale byli też tacy, którzy bawili sie do samego końca biegu.

img_0470

A oto zwycięzca …….

wanjiru_finish_2

I nasi zawodnicy – Rafał Wójcik – pierwszy Polak po 10 latach w elicie !

rafal-wojcik-2

Poranna mobilizacja:-)

Tak mnie dziewczyny wczoraj zmobilizowały, że nastawiłam sobie budzik na 5.40 rano. Okazało się jednak, że zegarków z alarmami u mnie taki dostatek, że zanim zdążył zadzwonić mój domowy budzik, obudził mnie mój zegarek, który miałam ustawiony na poranna pobudkę w Londynie:-) i tym sposobem wstałam dzisiaj przed godz 5-tą…do 5.50 zrobiłam pranie, poprzednie nastawiłam na suszenie, trochę poprasowałam i przed 6-tą poszłam pobiegać:-) i to był bardzo dobry pomysł! muszę na nowo się sprężyc i powrócić do poranych biegów. Daje to niesamowita energię na cały dzień. Wracając zrobiłam zakupy; świeże drożdzówki, ser itp…. O 8-mej ma się poczucie, że zrobiło się tyle, ile w inny dzień do południa….polecam:-)

Maraton w Londynie!!!

nie powiem ogromne przeżycie! Do końca nie wierzyliśmy, że jesteśmy w samym centrum wydarzeń! W zeszłym roku podczas przygotowań do jubileuszowego 30 Warszawskiego Maratonu, powstał pomysł konkursu na najciekawsze wspomniania z poprzednich maratonów. Nagrodą główną był wyjazd do Londynu i wzięcie udziału w jednym z największych maratonów na świecie – w Maratonie Londyńskim. Ważny podkreslenia jest fakt, iż nie jest prostą sprawa wzięcie udziału w nim, albowiem co roku chętnych jest ponad dwukrotnie więcej niż miejsc. Z tego też powodu odbywa sie losowanie i startują ci, którym dopisało szczęście:-). My mieliśmy szczęście od samego początku, gdyż jako wieloletni sponsor – Timex miał możliwość uzyskania miejsca dla naszego zwycięzcy – p. Tadeusza Węgrzynowskiego. Tak też znaleźliśmy się w Londynie w piątek z samego rana. Najpierw odwiedziliśmy imponujące Expo – ogromne targi sportowe, gdzie wystawiają się wszystkie znane firmy sportowe. Ogromne stoiska z odzieżą dla biegaczy, butami, zegarkami oraz wszelkiego rodzaju akcesoriami. Tam też odbiera się chipy oraz cały pakiet startowy dla maratończyków.

Pomimo ogromnej liczy uczestników, wszystko jest tak zorganizowane, iż skompletowanie pakietu zajęło nam kilka minut. Mnóstwo wolontaiuszy, w różnym wieku, doskonale poinformowanych, chętnych do udzielenia wszelkich informacji.

Cały Londyn żył przez weekend maratonem. Ludzie na ulicach bardzo przyjaźnie nastawieni, pozdrawiający maratończyków, którzy chętnie pokazywali się wszędzie z torbami z logo maratonu, jakby chcieli powiedzieć – widzicie – jutro biorę udział w maratonie!:-) Na ulicach, którymi prowadziła trasa – dzień wcześniej były tablice informujące o planowanych utrudnieniach. W metrze informacje, aby w niedzielę ograniczych ruch w okolicy startu, aby umożliwić biegaczom dotarcie do wyznaczonego punktu. Poniżej link do bloga Tadeusza, który napisał parę zdań zaraz po maratonie. Przezycia na gorąco.

http://bieganie.pl/?cat=83

ja też będę miała mnóstwo zdjęć to kilka wrzucę, naprawdę jest to niesamowite przeżycie dla startujących jak i kibiców!

Jak zwykle za mało czasu!

Nie wiem jak inne dziewczyny sobie radzą, ale dla mnie czasu jest zawsze za mało! Na weekend miałam mnóstwo planów, ale oczywiście na koniec okazało się, żę nie wszystko się udało….:-)

W piątek zostałam z chłopakami na weekend sama więc stwierdziliśmy, że spędzimy go bardzo aktywnie. W piątek wieczorem ew sobota rano porządki, a reszta weekendu nasza!

Tak więc cały piątkowy wieczór prasowałam, sobota powitała nas deszczem więc entuzjazm trochę siadł, a co za tym idzie również nasze tempo… Chłopaki dzielnie pomagali w porządkach i zakupach, ale i tak zanim posprzątaliśmy, upiekliśmy ciasto dla planowanych gości okazało się, że jest przed dziewiętnastą…szybko więc się spakowaliśmy i pomaszerowliśmy na basen. Wracając stwierdziliśmy, że pójdziemy na pizzę , ale okazało się, że trzeba czekać 40 minut, tak więc kolację zjedliśmy o 22-giej (bardzo zdrowo!) i poszliśmy spać.

W niedzielę tak zorganizowalismy wszystko, aby przed 12-tą dotrzeć do Parku Skaryszewskiego, gdzie miała być silna reprezentacja KTB. Oczywiście okazało się, że z różnych przyczyn dotarliśmy po 12-tej (między innymi walka aby zaparkować gdziekolwiek samochód) i dziewczyny mogłam oglądać już tylko jak biegają….ja natomiast w pełnym umundurowaniu biegacza chodziłam z moimi dziećmi (które były bardzo niepocieszone, że nie mają gdzie jeździć na rowerach:-) i Mamą (która miała się nimi opiekować) po bocznych alejkach parku.

A szkoda bo planowałam, że tym sposobem zrobię mój niedzielny trening….a tak niestety przepadła okazja, bo po południu mieliśmy dużą imprezę rodzinną u nas i nie miałam juz czasu, ani możliwości wyjść pobiegać….

Niespodzianka – nowy wpis:-)

Start pólmaratonu

Witam ponownie wszystkich bardzo serdecznie ! Pewnie juz niewiele osób odwiedza mój blog, bo ostatnio nic sie tu nie działo, więc moje kolejne wpisy będą dedykowane głównie tym najbardziej wytrwałym! ( Iza, pozdrawiam Cię bardzo serdecznie:-))))))

A więc po kolei…..krótkie podsumowanie…..

Po 14 tygodniach mojej przygody z bieganiem ukończyłam mój pierwszy poważny bieg – Pólmaraton Warszawski! Jestem z siebie bardzo dumna, bo nie ukrywam (teraz mogę się już do tego przyznać) były dni kiedy bardzo się bałam, że nie dam rady dobiec do mety…natomiast okazało się, że dzięki metodzie Galloway’a dotarłam do mety i to w dodatku w czasie, który był moim marzeniem – niewiele ponad 2,30!!!! Kiedy zaczynałam moje bieganie w grudniu, byłam przekonanna, że będę potrzebować 4 godzin, póżniej miałam nadzieję na złamanie 3 godzin, pod koniec cichym marzeniem było 2,30, ale bałam się, że jest ono nierealne….a jednak!

Półmaraton był dla mnie z wielu powodów niezwykłym przeżyciem. Udowodniłam sobie, że prawie wszystko jest możliwe, bo jeszcze na początku grudnia wyśmiałabym każdego, kto powiedziałby, że w marcu pobiegnę w półmaratonie, ja która nigdy nie lubiłam biegać. Po drugie miałam niesamowitą przyjemność biec ramię w ramię z Barbarą oraz Jeffem Galloway!!!! Po trzecie to naprawdę jest niesamowite przeżycie samo w sobie…:-)

img_4905

Kolejna niespodzianka – nic mnie nie bolało, ani mięśnie, ani stawy, nic! W poniedziałek musiałam wstać o 5 rano bo po 7-mej miałam samolot na Targi w Bazylei i bałam się, że po niedzielnym starcie będę nieżywa. Nic bardziej mylnego! W niedziele poszłam po prostu bardzo wcześnie spać i okazało się, że od poniedziałku mogę spokojnie funkcjonować od rana w innej rzeczywistości…Targi, buty pantofle i oprócz przesilenia wiosennego nie czułam żadnych niedogodności…

Powrót do rzeczywistości….

No, najwyższy czas powrócić do rzeczywistości…przez ostatnie kilka dni cisza na blogu spowodowana urlopem! Udało nam sie wyrwać całą rodziną na narty, a tam na szczęście brak internetu, a co za tym idzie, również dostępu do poczty firmowej! czyli prawdziwy urlop.

Śnieg!

No i znowu musiałam przeprosić się z moją bieżnią! A tak już polubiłam biegać na zewnątrz…..Na dzisiaj miałam przygotowane piękne, nowe, 5-cio kilometrowe kółko na poranny trening, a tu rano okazało się, że śnieg w Warszawie sypie bez opamiętania! Ani samochodem, ani pieszo a już na pewno nie truchtem – żadna metoda nie była dobra na nasze okoliczne chodniki i ulice. Nawet dotarcie do szkoly z moimi synami okazało sie wyzwaniem:-). Po powrocie za szkoły stwierdziałam, że bieganie w sypkim śniegu nie byłoby najrozsądniejsze, więc otworzyłam okno i patrząc na zasypane śniegiem drzewa przebiegłam te swoje 5 km…na bieżni, nie jest to to samo co po dworzu, ale chociaż picie miałam pod ręką:-). Może w czwartek będą bardziej sprzyjające warunki…

Pracowity tydzień!

Iza miała rację! Chylę czoła przed życiowym doświadczeniem:-) Tak jak mówiła pierwszy w życiu start w imprezie biegowej okazał się niesamowitym motywatorem do dalszych treningów i ćwiczeń. W sobotę przekonałam się, że półmaraton to nie zabawa! 21km to jednak wyzwanie. W niedzielę odpoczywałam, a od poniedziałaku zaczęło się.

Poniedziałek – 1 godzina ćwiczeń na siłowni – trening przygotowany przez naszą trenerkę Malwinę

Wtorek – 5km marszobiegu po mojej okolicy

Środa – kolejna godzina spędzona na siłowni

Czwartek – 4km na bieżni

Piątek i sobota – ODPOCZYNEK!

Niedziela – 15,6km po okolicy!!!! bez dramatycznego zmęczenia, czy to możliwe? A jednak!

Na dzisiaj zgodnie z moim planem treningowym przypadało 15km. Przygotowania rozpoczęłam od wyznaczenia swojej trasy w www.mapmyrun.com (jestem pod wrażeniem możliwości!). Trasa wyszła 14km, więc postanowiłam, że zrobię jeszcze kilka kółek na stadionie. Muszę przyznać, że po raz pierwszy poważnie potraktowałam rozgrzewkę i zrobiłam ją zgodnie z wytycznymi J. Galloway’a – 3 min marszu, 8 min marszobiegu (1min biegu- 1 min marszu). Okazałao się, że to na prawdę pomaga – tak pokonałam pierwszy killometr). Dalej pobiegłam swoim trybem tzn. 3 min biegu, 1 min marszu. Po drodze okazałao się, że z biegania po stadionie nici, bo za dużo śniegu. Zmodyfikowałam więc trochę trasę mając nadzieję, że nadrobiłam ten kilometr „ze stadionu”. Po drodze musiałam zaliczyć jeszcze 2 razy toaletę w okolicznym basenie, w sumie całość z rozgrzewką zajęła mi 2 godziny (prędkość niezbyt zawrotna, ale liczy się dystans:-)). Po powrocie do domu z bijącym sercem sprawdzałam pokonane kilometry – wyszło 15,6km, czyli jest ok! jeszcze 6 i będzie meta! Może te 4godziny mi jednak wystarczą:-)?

Pierwszy w życiu start!!!!

A więc stało się! W sobotę wystartowałam w pierwszym zorganizowanym biegu. Nie będę rozpisywała się jaka panowała atmosfera, pogoda, itd., bo o tym wszystkim bardzo pięknie opowiedziały dziewczyny z teamu:-) Ja tylko powiem, że to wszystko to prawda! Emocje ogromne – nawet wydaje mi się, że w moim wypadku za duże, bo na początku biegu nie mogłam przez długi odcinek wyrównać oddechu!. Zgodnie z moim planem treningowym wystartowałam na dystansie 5km. Mimo, iż wszystko teoretycznie wiedziałam to jednak nie uniknęłam błedów nowicjusza. Tempo na początku powinno być wolne – moje było wolne ale nie wystarczająco, bo złapała mnie zadyszka. Przez piewszy kilometr walczyłam z oddechem, aż w końcu się udało. Po raz kolejny doceniłam metodę Galloway’a, która doprowadziła mnie do mety. 5km pokonałam w 32minuty i 40 sekud nie wiem na ile pokrywa się to z czasem brutto organizatorów (Iza dzięki za szkolenie w tej materii), ale jest to czas jaki zmierzył mi mój towarzysz trenigów, a mianowicie zaprzyjaźniony Timex:-) i jemu ufam….

Dzisiaj natomiast niedziela, ale tak jak i Iza nie pospałam za długo…a to dlatego, iż miałam przyjemność odwiedzić radio Tok FM. Rozmowa z nami była przewidziana na 8.30 więc pobudka była przed 7-mą. O 7-mej jedząc śniadanie usłyszałam zapowiedź rozmowy z nami i zestresowałam się, że się spóźnię. Skończyło sie tym, iż przybyłam do radia sporo przed audycją, dzięki temu mogłyśmy porozmawiać z Izą jak organizować pracę w domu (Iza dziękuję za radę, po krótkim zastanowieniu stwierdziłam, że skorzystam z niej:-)).

Jak trenować na wyjeździe?

Tak….treningi podczas wyjazdów służbowych to nie to samo co bieganie w domu i w znanej sobie okolicy! Szczególnie, że jest tak mało czasu wolnego! Ostatnio byłam 5 dni poza domem. Z hotelu wyjeźdzaliśmy około godz. 8-mej wracaliśmy około 19-tej a 19.30 – 20.00 wyjście na kolację….Kiedy trenować? Rano nie ma się siły wstać, wieczorem chyba, że o północy, ale ja nie należę do osób, które grzeszą nadmierną odwagą, więc ta pora z góry też była przegrana… Zdesperowana najpierw zrobiłam trochę ćwiczeń w sobotę w pokoju hotelowym, następnie odważyłam się i wyszłam rano, przed 7-mą na krótki trening w okolicy hotelu. Stwierdziwszy, że nie jest to takie straszne, powtórzyłam wyczyn następnego dnia wieczorem przed kolacją. Oznaczało to oczywiście, że mam 20 minut na prysznic i wyszykowanie się, ale na szczęście udało się! Po przestudiowaniu www.mapmyrun.com ustaliłam, że moja trasa to tylko 3km, ale zawsze to lepiej niż nic….. Niestety nie zrobiłam mojego niedzielnego dystansu, czyli 15km, będę próbować to jakoś nadgonić….:-)

Po powrocie doceniłam moje trasy w okolicy – znane i sprawdzone! W czwartek odwiozłam dzieci do szkoły, przebrałam się i pobiegłam – 5km u siebie – to jest to! Energia i dobre samopoczucie na cały dzień. Póżniej jeszcze trening siłowy w Holmes Place – 1 godz i założenia czwartkowe wykonane. W HP niespodzianka – dostałyśmy super buty do testów!

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.